A gdybyś nic nie musiał?



...

5:50 Dzwoni budzik. Nieprzytomną ręką szukam wyłącznika przy okazji zrzucając z szafki nocnej niedoczytaną prasę.

5:55 Budzik raz jeszcze sygnalizuje - czas wstać.

6:00 Co za mały natręt! "Racz pan sp*****alać", ciśnie się na usta, ale pozostając kulturalną, nie mówię nic. Przeklnęłam sobie w duszy. Powinnam wstać 10 min. temu. Jednym okiem zerkam na wyświetlacz telefonu.
6:01 Prokastynacja każe mi czekać "do pełnej".

6:05 Wciąż półprzytomna opuszczam krainę ciepłej pościeli i chwiejnym krokiem zmierzam w stronę łazienki. Prysznic otrzeźwia, budzi, uruchamia mnie do życia. Duże lustro uświadamia - powinnaś zrzucić ze 2 kg, małe lustro zaprzecza. Kremy, podkłady, pudry, cienie, wszystko w artystycznym nieładzie ląduje na pralce, posprzątam, jak wrócę.



6:30 Aaaaaa! Za 6 min. odjeżdża mój tramwaj, stukotem szpilek alarmuję ulicy, że oto wstałam, żyję i jestem, jak zwykle, spóźniona!

6:36 Jazdę komunikacją uwielbiam i nienawidzę, przyczyną obu emocjonalnych stanów są ludzie. Lubię obserwować, ich i Ciebie, tak Ciebie. Codzienne trasy, małe rytuały, zmianę zachowań, pęd. Wszyscy notorycznie dokądś się spieszą, chcą aby tramwaj jechał szybciej, trasa była krótsza, życie bez kolejek. Czasem pędzę z wszystkimi, szybciej, mocniej, więcej, intensywniej! Lubię się też zatrzymać, spojrzeć na świat oczami dziecka, wziąć oddech i wpuścić do głowy myśli nieuczesane. Cisną się na usta słowa poety, "zatrzymaj się, to przemijanie ma sens, ma sens, ma sens..."

7:30 Wsiąkam w normalność. Pracę zaczynam wypiciem wody z cytryną lub ziołowej herbaty. Koniecznie ciepłej, niezależnie od pory roku. Oczyszczam ciało. Zjadam zdrowe śniadanie, rano raczej nie nachodzą mnie kaloryczne grzeszki.
Zielona herbata powinna pobudzić, przynajmniej tak wtłaczam sobie w głowę i rozkoszuję się naparem senchy.
Dzień mija zwykle pomiędzy mailem i telefonem, zbyt intensywnie, by zająć się własnymi myślami. Miły klient, obrażony klient, pretensjonalny gbur i znów symapatyczny człowiek rozsiewający pozytywną energię. Tak, obsługuję ludzi i nawet to lubię.

12:00, czasem 12:30 Energia wyraźnie spada, czas na przerwę, obiad i kawę. Dbam, by nie uzależniać ciała od żadnej z używek, jednak zapach kawy działa na mnie niemal terapeutycznie, więc 5 dni w tygodniu wącham i przy okazji wypijam kofeinowy płyn.

14:00 Godzina niemocy. Nie wiem, czy też tak macie, ale o tej porze bardzo opadam z sił. Do końca dnia roboczego jestem już słabo produktywna, błądzę myślami, odbywam dalekie wyprawy wewnątrz siebie i w świat. Czasem taki stan rzeczy urodzi błyskotliwy pomysł, czasem mój umysł dryfuje, a ciało niezdolne jest do zbyt wielu akcji. O tej porze chętnie wychodziłabym na spacer albo korzystała z uroków drzemki, serio.

16:00 Koniec pracy. A może powinnam napisać: koniec transakcji wiązanej - dobrowolnego niewolnictwa w zamian za cyferki na koncie pojawiające się regularnie, co miesiąc. Znów spędzam godzinę w komunikacji miejskiej, kiedy tylko pogoda pozwala, przesiadam się na rower. Przemieszczam się z punktu A do B (zwykle na trasie praca - dom) załatwiając po drodze codzienne sprawunki. Spotkania z ludźmi, tzw. znajomymi, opowiadanie co u mnie, wysłuchanie, co u nich, dodatkowa kawa (ach!) lub kilka głębszych i każdy wraca na swoją ścieżkę. Czasem tydzień urozmaicają mi zabiegi niezbędne, by utrzymać fizyczność w stanie zadowalającym - ćwiczenia, kosmetyczka, fryzjer, depilacja, ortodonta, dermatolog czy inny lekarz pierwszej potrzeby odpowiadający na problemy pierwszego świata.



17:00 - 20:00 Witaj w domu! Moja mała oaza wita nowymi listkami. Uwielbiam rośliny, są nie tylko piękne, uczą cierpliwości, wytrwałości i bycia systematycznym. Przypominają, że jeśli chcę coś osiągnąć, muszę o to dbać, najlepsze efekty przynosi regularność.
Popołudnia to mój czas na ruch, który niekoniecznie musi być ambitnym sportem, ale też obowiążki - sprzątanie bałaganu, który jakimś dziwnym sposobem generuje się sam, przygotowanie posiłków na kolejny dzień, "odrobienie lekcji", bo znowu jestem studentką!
Czas mija nieubłaganie, raz, dwa, pięć i jest...

22:00 Wyłączam urządzenia elektroniczne, odkładam telefon i staram się pobyć z myślami lub sięgnąć po książkę, zafundować sobie wieczorne SPA lub codzienny rytuał pielęgnacyjny.

23:00 Zatapiam się w pachnącej pościeli, miarowy oddech przenosi mnie do krainy Morfeusza...

...

5:50 Dzwoni budzik. Nieprzytomną ręką szukam wyłącznika przy okazji zrzucając z szafki nocnej niedoczytaną książkę...




Wpadłam w pułapkę codzienności, tzw. dorosłego życia. Znasz to, prawda? Twój rytm jest pewnie nieco inny, składają się na niego odmienne elementy, jednak całość również zamknięta jest w pewnych ramach, które wyznaczają zobowiązania, transakcje międzyludzkie, tryb dnia regulują potrzeby takie jak głód czy pragienie. Chcąc być atrakcyjnymi w oczach innych ludzi i czuć się dobrze z samym sobą, wplatamy różne czynności, uprawiamy sport, próbujemy robić coraz więcej, choć doba nadal ma 24 godziny. Żyję z kalendarzem w ręku, wszystko mam zanotowane, zaplanowane z wyprzedzeniem, a Ty?
Chodzę do pracy, żeby zarobić pieniądze niezbędne do realizcji codziennych potrzeb. Nie mam komfortu utrzymywania się tylko z pasji. Dbam o ciało i duszę, by były długo sprawne i dobrze mi służyły. W rytm obowiązków staram się wplatać to, co naprawdę lubię, co sprawia mi przyjemność.



A gdybym tak nic nie musiała? Jak wyglądałby mój dzień?
Co robiłabym, gdyby rzeczy przyziemne, takie jak utrzymanie, gotowanie, sprzątanie nie zaprzątały mi głowy? Co robiłam kilka lat temu, kiedy obowiązków i zobowiązań miałam zdecydowanie mniej?


Lubię dzielić się myślami, stąd blog i pamiętnik.
Gdybym miała więcej tzw. czasu wolnego, być może stworzyłabym książkę. A może napiszę ją, mimo, że nie da się rozciągnąć doby? Zawsze chciałam to zrobić! 3majcie kciuki!


Lubię zajęcia kreatywne. Czasem godzinami potrafię bawić się aparatem fotografując muchę, która przysiadła na szybie. Lubię szkicować i malować farbami. Kiedyś szło mi całkiem nieźle, dlaczego przestałam to robić?




Uwielbiam planować! Rozpisywać diety, układać listy zadań, organizować podróże, a potem realizować je krok po kroku.



Lubię też jeść - testować nowe smaki, poznawać tekstury, doświadczać nowości i dzielić się wrażeniem!





Gdybym nie pracowała, nie studiowała i w żaden sposób nie była "związana z miejscem", najpewniej jeździłabym po świecie, zbierała doświadczenia i dzieliła się różnorodnością planety z tak dużą liczbą osób, z jaką tylko bym zdołała! (podoba Ci się tu? zaproś na bloga znajomych ;))
Pierwsze kroki już poczyniłam - jeśli masz ochotę zwiedzić ze mną Norwegię czy Holandię - zapraszam!






A jak wyglądałby Twój dzień z kategorii "nie mam zobowiązań, nic nie muszę"? 
Przeczytam z zainteresowaniem, więc podziel się w komentarzu!



Pozdrawiam, A.

Komentarze

  1. Myślę, że rozdzialiłabym czas między tango, jogę i naukę hiszpańskiego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo tak joga i nauka hiszpańskiego to coś, co od dawna chodzi mi po głowie, ale z iedoboru czasu na razie jest w strefie planów!

      Usuń
  2. Zdecydowanie jeździłabym po świecie. Poznawała nowych ludzi. Wszystko robiłabym własnowolnie ;)
    Trzeba mieć z tyłu głowy, że rutyna to cichy zabójca...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rutyna to cichy zabójca! Twoje słowa motywują bardziej niż niejeden coach!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Kosmetyczna inwentaryzacja i wyzwanie!

Zawsze mam się w co ubrać!

Kobieto! Jesteś piękna!