City break: Cambridge na weekend

Witajcie,

Piąteczek, piątunio zakończył się rozpoczęciem krótkiego wypadu turystycznego. Anglię niby każdy zna, przypuszczam, że nie ma w Polsce osoby, która zapytana z marszu nie potrafiłaby wymienieć przynajmniej kilku tamtejszych zwyczajów, członków rodziny królewskiej lub znaków rozpoznawczych kraju. Tanie loty już od dawna umożliwiają podróżowanie, zwłaszcza po Europie, jednak do tej pory jakoś nie złożyło się tak, by moje stopy dotknęły idealnego angielskiego trawnika. Aż do minionego weekendu...
W piątek wraz z moim przyszłym mężem wsiadłam do samolotu i wylądowaliśmy na zielonej wyspie, w bajkowej krainie, do której zaprosiła nas Ola z bloga Żona Luksusowa! Wycieczka zakończona, więc czas na szybki przegląd świeżych jeszcze wspomnień. Miałam czekać z relacją do #12niecodziennych, bo każdy wyjazd jest dla mnie odskocznią od rzeczywistości, wydarzeniem wyjątkowym i chyba musiałabym podróżować co tydzień, by uznać to za coś typowego, jednak jestem pod tak dużym wrażeniem, że nie mogłam odpuścić sobie paru słów już teraz w formie osobnego wpisu, bo wiecie, po prostu nie wytrzymam!  

Cambridge jest zachwycające! 


Miasto liczy nieco ponad 100 tys. mieszkańców, a zdecydowaną większość terenów stanowią uniwersytety, których jest aż 32, wśród nich 3 przyjmujące jedynie kobiety! Zwiedzanie zaczęliśmy oczywiście od spaceru po dziedzińcach 'koledży'. Angielska pogoda zafundowała nam pełen wachlarz możliwości, słońce mieszało się z deszczem, który momentami wygrywał na dachach i chodnikach najróżniejsze melodie, więc przemykaliśmy podwórkami, chowaliśmy się w cieniu przepięknych sklepień, zaglądaliśmy w zakamarki oznaczone tabliczkami PRIVATE, na szczęście nie było chętnych, by ukarać naszą ciekawość. Architektura zapierała dech, misterne ornamenty gotyckich budowli zachwycały, można było stać godzinami i cieszyć oczy obezwładniającym pięknem. Spełniłam marzenie niejednej dziewczynki, która chciałaby stać się królewną na dworze, bo każdy z college był jak mały zamek, a kiedy już udało mi się opuścić głowę zderzyłam się z najbardziej perfekcyjnym trawnikiem, jaki widziałam w życiu! Każde źdźbło było idealnie przycięte i odpowiednio nawodnione, kolor nasycony, takich trawników nie powstydziłby się największy perfekcjonista. Patrząc na całokształt można było dostać estetycznego orgazmu.



Sobota zafundowała nam mieszankę słońca i deszczu. Zdjęcie powyżej i poniżej dzieli raptem godzina... Mocno zmokliśmy, na szczęście ciepłe promienie szybko osuszyły ubrania, a dzięki przymusowemu chowaniu się przed deszczem odkryliśmy rewelacyjne zakątki.




Samo miasto wzięło swą nazwę od mostów nad rzeką Cam. Jest ich naprawdę wiele, piękne i historyczne, ale też nieco nowsze. Najbardziej zachwyciły mnie:

Most Matematyczny (Mathematical Bridge) 
pierwotnie zbudowany, jak głosi legenda, bez użycia ani jednego gwoździa, oparty jedynie na siłach ciążenia. Pech chciał, że grupa niedowiarków postanowiła potwierdzić tę informację i rozebrała most. Niestety nie udało im się postawić go ponownie równie perfekcyjnie jak pomysłodawcom i dziś most umacniają dodatkowe elementy takie jak śruby czy gwoździe. Znajduje się na terenie St John's College.


Most westchnień (Bridge of Sights) 
Jeden z piękniejszych, bardzo romantyczne miejsce o smutnej historii. Most łączy 2 budynki należące do St John's College, a nazwę zawdzięcza nie studentom, wzdychającym w drodze na zajęcia, ale skazańcom, którzy w drodze na egzekucję wydawali ostatnie tchnienie.




Sobotnie popołudnie spędziliśmy w jednym z wielu parków delektując się promieniami słońca, które po przymusowym porannym prysznicu z nieba, sprawiały wielką przyjemność.



W niedzielę pogoda zrekompensowała niespodzianki dnia poprzedniego, dlatego bez wahania zdecydowaliśmy się wynająć jedną z płaskodennych łodzi i popłynąć w nieznane (no prawie, bo trasa kończyła się przy Black Bridge nazwanym tak dlatego, że po prostu był czarny). Punting, bo tak nazywa się ta atrakcja, potrzebuje sternika, który przy pomocy długiego drąga odpycha łódź od dna. Pasażerowie mogą pomagać wiosłując. Można było zapłacić za rejs z opiekunem (12£ od osoby) i podziwiać widoki lub podjąć wyzwanie i spróbować własnych sił (a raczej sił naszych mężczyzn za cenę wynajęcia łodzi 16£) - i oczywiście postawiliśmy na drugie rozwiązanie, które finalnie wymagało nieco wsparcia wioślarzy i omal nie skończyło się kąpielą!






Chłopak z łodzi obok miał nieco mniej szczęścia... ;)



Podczas pobytu w Cambridge odwiedziliśmy również:
Amerykański Cmentarz Wojskowy 
(Cambridge American Cementary and Memorial)
Jest to jedyny w Europie tego typu obiekt, otwarty w 1956 roku. W multimedialnym muzeum II wojny, które znajduje się na terenie cmentarza było kilka wzmianek o roli Polski, m. in. historia Powstania Warszawskiego. Honor żołnierzom można oddać przy każdym z 3809 krzyży, pod ścianą z wyrytymi nazwiskami poległych oraz w niezwykłej kaplicy. Miejsce jest monumentalne, smutne, bo smutna jest historia, lecz jednocześnie piękne i spokojne.


   



Jako, że weekend był krótki, a możliwości fizyczne ograniczone, to już koniec relacji. Oczywiście byliśmy też w jednym z klimatycznych angielskich pubów, spacerowaliśmy uliczkami miasta, otarliśmy się o budynek, w którym Watson i Crick odkryli spiralę DNA oraz o pub The Eagle, gdzie świętowali sukces, widzieliśmy jabłonkę Newtona, Fitzwilliam Muzeum, ale coś przecież trzeba zostawić na kolejny raz ;)

Czas zaplanować następną podróż! Czuję w kościach, że tym razem będzie to dłuższa wyprawa.   


Ciekawa jestem, co myślicie o Cambridge? Byliście, a może macie ochotę pojechać? 
Koniecznie dajcie znać w komentarzu! Ja jestem zachwycona i serdecznie dziękuję Oli za zaproszenie! :)

Bo wszystko to magią jest i iluzją, i zdarza się raz na milion.
Pozdrawiam, A.